
Tomasz Bagiński, po otrzymaniu nominacji do Oscara za „Katedrę” oraz nagrody BAFTA za „Sztukę spadania”, ani myśli spocząć na laurach. W ostatnim czasie postanowił przypomnieć się publiczności, prezentując swoją najnowszą animację- „Kinematograf”. Obecnie przygotowuje się do realizacji „Hardkoru 44” - pełnometrażowego debiutu skupionego wokół Powstania Warszawskiego. O własnym spojrzeniu na kino, najnowszym projekcie oraz planach na najbliższą przyszłość opowiada sam Tomasz Bagiński.
Kamil Kościelski: W filmie „Kinematograf” widzimy ile poświęceń może kosztować człowieka realizacja swoich marzeń. Czy opowiadana historia dotyczy w jakiejś mierze także Twojej osoby?
Tomasz Bagiński: Myślę, że dotyczy to w pewnym stopniu każdego twórcy, czy człowieka, który oddaje się jakiejkolwiek pasji. W końcu wszelkie zamiłowania wymagają czasami wielu wyrzeczeń. Często odbija się to na życiu osobistym. Dotychczas miałem akurat dużo szczęścia i nie musiałem płacić aż takiej ceny jak główny bohater- Francis. Zresztą miejmy nadzieję, że nigdy nie będę do tego zmuszony. Zachowuję przynajmniej odrobinę dystansu do swojej pracy i staram się znaleźć czas także dla rodziny. Oczywiście każdy człowiek, który współtworzył „Kinematograf”, odnajduje w tym filmie jakieś tony osobiste. Niejednokrotnie zdarzyło się komuś nie pójść z żoną, z dziewczyną albo córką do kina, czy gdziekolwiek, ponieważ musiał siedzieć w pracy lub zarwać nockę, aby wywiązać się ze swoich obowiązków. Najgorsze, że potem, to i tak często okazywało się bezwartościowe. Działam także w branży reklamowej, gdzie nieraz spotykałem się przecież z sytuacją, kiedy klient wyrzucał efekty czyjeś pracy do kosza…
Mój film opowiada zatem o tym, aby złapać chwilami trochę dystansu do tego, co się robi, ponieważ może zabraknąć czasu na realizację pewnych wartości oraz dla ludzi, na których nam najbardziej zależy. Podsumowując: trochę osobistych tonów znalazło się w „Kinematografie”, ale nie aż tyle, jakby się to mogło wydawać.
„Kinematograf” powstał na podstawie komiksu Mateusza Skutnika z albumu pt. „Rewolucje: Monochrom”. Animacja i komiks to w pewnym stopniu pokrewne dziedziny sztuki. Czy Ty również próbowałeś swoich sił na tym polu albo jesteś zapalonym miłośnikiem historii obrazkowych?
Nie do końca, chociaż jako dziecko jakieś tworzyłem. Czasem czytam komiksy, które przypadkowo wpadną mi w ręce oraz mam kilku znajomych wśród autorów, ale mimo wszystko nie należę do wyjątkowo zatwardziałych fanów. Lubię po nie sięgać i dać się zaskoczyć jakiejś fabule czy stylistyce rysunku, ale jestem raczej typem książkowym. Wolę historię pisaną niż opowiadaną za pomocą obrazków, chociaż oczywiście sam posługuję się tym drugim językiem.
Skoro jesteśmy już przy komiksach, to może powiedz, czy nie marzy Ci się przeniesienie na ekran jakieś konkretnej pozycji?
Szczerze mówiąc za bardzo nad tym nie myślałem. Jak już mówiłem, książki są mi znacznie bliższe .Na pewno chciałbym jeszcze w swoim życiu zaadaptować kilka tekstów Jacka Dukaja. Mimo wszystko, ciekawe byłoby przeniesienie na duży ekran na przykład „Thorgala” autorstwa Jeana Van Hemme'a i Grzegorza Rosińskiego, ale z tego co wiem, Francuzi sami niedługo zamierzają to zrobić. Oczywiście można by zrealizować „Funky Koval” według Jacka Rodka, Macieja Parowskiego i Bogusława Polcha, ale na taką produkcję trudniej byłoby pozyskać odpowiednie fundusze.
„Kinematograf” jest dziełem ponad pięćdziesięcioosobowego zespołu. Dlaczego postanowiłeś porzucić samodzielną pracę nad swoimi filmami?
Odszedłem od modelu człowieka -orkiestry, ponieważ najzwyczajniej się nie sprawdzał. Gdybym chciał robić przy „Kinematografie” cokolwiek oprócz koordynowania ekipy, to byłbym gwiazdą we własnym projekcie, a członkowie zespołu musieliby nieustannie czekać na mnie, aby posunąć się do przodu z całą robotą. W pewnym momencie po prostu przestałem wierzyć w samodzielną pracę. „Katedra” skutecznie mnie z tego wyleczyła. Oczywiście można w ten sposób tworzyć filmy, ale osobiście uważam, że życie jest za krótkie. Ostatnio w każdym wywiadzie staram się wyjaśnić moją rolę w całym projekcie. Mianowicie mam za zadanie przyjmowanie kwiatków, kiedy komuś animacja się podoba i kopniaków, gdy ktoś nie jest z niej zadowolony. Na film składa się wspólna praca wielu ludzi. Często bardziej utalentowanych ode mnie. Oczywiście nadal mam spory wpływ na scenariusz czy ostateczny kształt filmu, ale nie chcę już robić wszystkiego sam.
W planach masz realizację filmu o Powstaniu Warszawskim pt. „Hardkor 44”. Całość zapowiada się niezwykle obiecująco i jak sam to ująłeś: „Będzie chodziło o miks "Złota dla zuchwałych", "Parszywej dwunastki" i "Obcego, decydującego starcia". Dlaczego akurat w takiej formie chcesz opowiedzieć o tamtych wydarzeniach?
Zależy nam przede wszystkim na przybliżeniu tematu zachodniej widowni. Na świecie mało kto zdaje sobie sprawę, że w Powstaniu zginęło ok. 200 tys. ludzi, a Warszawa została niemalże starta z powierzchni ziemi. Niezwykle młode osoby zderzyły się w tamtym czasie z gigantyczną i potworną machiną wojenną, którą chcemy pokazać w sposób bardzo dosłowny. Brak wiedzy o tych wydarzeniach, wśród przedstawicieli innych narodów, wynika zapewne z faktu, że sami nigdy nie mówiliśmy o tym, co zdarzyło się w 1944 roku, w jakiejś interesującej formie. Chodzi więc raczej o przekazanie ducha oraz idei Powstania Warszawskiego, niż o opowiedzenie o tym, co rzeczywiście miało miejsce. Od początku uderzamy w innym kierunku i chcemy wpisać całą historię w pewien nawias. Zamiast kolejnego historycznego fresku, zamierzamy nakręcić ordynarny i typowy obraz akcji z elementami science-fiction. Będzie to zwyczajna rąbanina dla młodzieży. Opieramy się oczywiście na niektórych faktach oraz postaciach związanych z Powstaniem, ale trzeba zaznaczyć, że postanowiliśmy stworzyć całkowicie oryginalną fabułę umieszczoną w alternatywnej rzeczywistości. Już teraz wiadomo, że „Hardkor 44” wywoła sporą dyskusję skoro wypuszczenie zaledwie jednego obrazka w internecie spotkało się z tak dużym odzewm. Nie chcę jednak zdradzać żadnych konkretnych szczegółów. Mogę jeszcze tylko wspomnieć o technice, jaką zamierzamy wykorzystać. Postanowiliśmy posłużyć się podobną do tej, której użyto przy realizacji „300”. Pierwsze plany mają być prawdziwe, a obrazy tła będą stylizowane na bardzo realistyczne, chociaż zostaną wygenerowane komputerowo. Obawiam się, że chcąc nakręcić film aktorski z dużą ilością efektów specjalnych, moglibyśmy mieć trudności z uzyskaniem odpowiedniego budżetu. Posiadamy jednak podstawy technologiczne ku temu, aby zrealizować tego typu przedsięwzięcie w kształcie, jaki przed chwilą przedstawiłem. Tym bardziej, że udało nam się pozyskać do projektu kilku partnerów, którzy pomogą nam współfinansować realizację filmu. Mam tutaj na myśli m. in. Muzeum Powstania Warszawskiego. Raczej więc nie obawiam się o losy wspomnianej produkcji.
Jerzy Kalina w wywiadzie dla „Kina” (nr 11/08) powiedział: „(...) obok takiego filmu jak „Katedra” powstają filmy Piotra Dumały. Jeden wykorzystuje najnowocześniejsze techniki animacji, drugi właściwie ślęczy, jak jakiś benedyktyn i drapie po płytce. Ja osobiście wolę tego, który drapie. Bo zabawki są z reguły zgubą wyobraźni. Kreatywne będzie dziecko, które samo sobie zbuduje zabawkę, a nie to, któremu rodzice ciągle kupują coś nowego, czym zaraz się znudzi”...
Oczywiście, osobiście myślę inaczej. Po pierwsze uważam, że jest miejsce dla różnych rodzajów kina. Mnie akurat interesują historie dosyć proste i opowiedziane w sposób bardziej efektowny. Takie filmy chcę robić, a komputery pozwalają mi osiągnąć największą widowiskowość. Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która nie do końca podoba mi się w tej wypowiedzi. Ciągle pokutuje przekonanie, że przy tego typu animacji nie trzeba się za wiele napracować, bo komputer zrobi wszystko za ciebie. Z tego, co zostało podliczone, spędziłem nad „Katedrą” ok. 1500- 1600 godzin. „Kinematograf” był projektem rozłożonym na większą grupę ludzi i też zajął mniej więcej podobną ilość czasu. Każda wartościowa twórczość jest czasochłonna, bo w innym przypadku bylibyśmy zasypywani filmami podobnymi do „Katedry” i „Sztuki spadania”, które powstawałaby w innych studiach niż „Platige Image”. Niewielka ilość podobnych animacji chyba jednak o czymś świadczy. Zapomina się więc, że właśnie ludzie są w tym wszystkim najważniejsi. Ślęczą setki godzin przed ekranami monitorów i dzięki temu możemy oglądać gotowe już efekty. I co z tego, że nie robią tego na jakiś tam płytkach? Podobne wypowiedzi są dla mnie po trosze oznaką ignorancji i niewiedzy na temat sposobu w jaki robi się dziś filmy. Od bardzo dawna nie ma tego typu podejścia w krajach zachodnich, a ciągle obecne jest wśród profesorów uczących animacji w Polsce, co potwornie odbija się później na przygotowaniu studentów w tym zakresie. Francuzi, Anglicy, a także Amerykanie mają niesamowite sukcesy na polu animacji komputerowej, tworzą filmy niebywale oryginalne i znakomite pod względem artystycznym… Wszystko dlatego, że tam już dawno przestano bać się technologii, traktuje się ją jak kolejne narzędzie... Uważanie komputerów za zabawkę dla dzieci to dla mnie przejaw infantylizmu i niedojrzałości. Mam po prostu nadzieję że mówimy tutaj o wypowiedzi, która została wyrwana z kontekstu i tak naprawdę autorowi chodziło o coś zupełnie innego...
Obawiam się, że nie do końca... W dodatku warto jeszcze wspomnieć o tym, co sam wielokrotnie podkreślałeś w niejednym wywiadzie: „Najpierw klasyczne techniki - potem komputer. Nie na odwrót.”
Oczywiście, podkreślałem to również w tym wywiadzie, że komputer jest tylko i wyłącznie kolejnym narzędziem pracy. Umiejętności, które człowiek musi posiąść, są identyczne, jak w przypadku świata rzeczywistego: do modelowania należy mieć gust rzeźbiarza, aby tworzyć tekstury, trzeba być dobry rysownikiem i malarzem, a do animowania potrzebny jest po prostu dobry animator. Na dalszy plan schodzą zdolności czysto techniczne, czyli np. programowanie, które często kojarzy się z pojęciem grafiki komputerowej. Specjaliści w tym zakresie stanowią najwyżej 10-15 procent całego zespołu. Reszta to artyści prezentujący pewien stopień zdolności graficznych.
Przyznałeś kiedyś, że nie chciałeś pracować przy "Antychryście" Larsa von Triera. Stwierdziłeś wręcz: „Po przeczytaniu scenariusza nawet się cieszyłem, że to mnie ominęło.”
Po prostu już wtedy podjąłem bardzo ważną i bolesną dla mnie decyzję, aby wycofać się z pracy jako supervisor efektów specjalnych. Lubiłem tę robotę, ale pomyślałem sobie, że jeżeli chcę realizować własne projekty, to sam muszę stać się lokomotywą do tych przedsięwzięć. Pomijam już fakt, że nie do końca lubię ten rodzaj filmów…
Jaki konkretnie?
Nie chciałbym być tutaj jakoś specjalnie krytyczny, ponieważ naprawdę wierzę, że w kinie jest miejsce dla każdego. Są ludzie o różnej wrażliwości, którzy realizują się w całkiem odmiennych projektach. Do mnie akurat nie przemawia twórczość Larsa von Triera i w przypadku scenariusza do „Antychrysta” było podobnie. Pamiętajmy nade wszystko, że „Platige Image” jest w jakimś stopniu firmą usługową. Nie chcę więc odcinać się od innych projektów w jakie angażuje się studio. Moje widzimisię i gust nie ma tutaj nic do rzeczy. Mam jednak takie prywatne odczucie, że „Antychryst” to nie jest kino skierowane do widza, tylko raczej robione dla samego reżysera. Osobiście wolę filmy, które można obejrzeć bez odwracania z obrzydzeniem głowy od ekranu. Oczywiście istnieje cała masa innych twórców, wykorzystujących w swoich projektach podobny rodzaj autoterapii, pomagającej tym autorom w ten sposób odreagować rzeczywistość. Mnie jednak interesuje kino znajdujące się po drugiej stronie barykady. Może nieco bardziej rozrywkowe i jarmarczne, robione przede wszystkim z myślą o widzu. Oczywiście oba rodzaje filmów są potrzebne i okazuje się, że każde ma swojego odbiorcę.
Na zakończenie chciałbym spytać, czy to prawda, że trenowałeś amatorsko kung-fu?
Rzeczywiście, ale niestety przestałem mieć na to czas, kiedy urodziły mi się dzieci. Liczę jednak na to, że moje pociechy wkrótce trochę podrosną i będę mógł razem z nimi chodzić na treningi. Muszę wrócić do działania, bo obrastam tłuszczem i zaczyna mnie to powoli przerażać.
Naszą relację z premiery "Kinematografu" znajdziesz pod adresem: gpunkt.pl/content/sztuka_animowania